UFO nad Bałtykiem – Niewiarygodne, niewyjaśnione, niesamowite

Na początku lat 50. latające talerze dopiero zaczynały przecierać drogę do ludzkiej świadomości, a ich pojawienie się przyjmowane było w prasie z przymrużeniem oka. Ciekawostką jest fakt, że upodobały sobie również wyspę Wolin. Pierwsze informacje na ten temat były utajnione do tego stopnia, że nawet polscy ufolodzy dowiadywali się nich z zachodnich źródeł.

 

Lądowania na wyspie Wolin

 

Po serii obserwacji  sunących po niebie przeróżnych kul, cygar i dysków nad Danią, Szwecją i północnymi Niemcami, pojawiły się te obiekty w Polsce, ale towarzyszyła im w ówczesnych mediach absolutna cisza. Nawet wtedy, gdy UFO wylądowało na polskiej ziemi (co miało się jeszcze powtarzać).

 

Właśnie to wydarzenie opisał francuski badacz Jacques Vallee w swej książce Anatomy of a Phenomen. 31 lipca 1953 roku o godzinie 19.00 na drodze wiodącej na wyspę Wolin, niedaleko torów kolejowych (linia łącząca Szczecin ze Świnoujściem) wylądował metaliczny z wyglądu obiekt o średnicy około dwudziestu metrów, który nadleciał w to miejsce z ogromną szybkością. Widziało go siedmiu ludzi: pięciu Polaków i dwóch Niemców. Obiekt miał kształt dysku z kulistą kopułą w środku. Wzdłuż jego obwodu biegł ciąg otworów.

 

źródło: www.uasvision.com

 

Wiele informacji o kulach i dyskach znad wyspy Wolin pojawiło się także w następnych latach. Władze uznały te zjawiska za działania szpiegowskie NATO. Na rzece Świnie oddzielającej Wolin od Uznamia i basenach portowych Świnoujścia znajdowała się bowiem w tym czasie wielka baza morska ZSRR. Radzieckie jednostki  lotnicze istniały w pobliżu Stargardu i Kołobrzegu, mniejsze garnizony stacjonowały w Dziwnowie i innych miejscowościach polskiego wybrzeża. Uznano więc, że to one były przedmiotem zainteresowania służb „wrogiego obozu”. O kosmitach nie mogło być mowy! Nawet wówczas, gdy w pobliżu Kołobrzegu, wiele postronnych osób widziało burzące się w pewnym punkcie morze i wyskakujący z wody przedmiot w kształcie regularnego trójkąta o boku długości czterech metrów. Ten dziwaczny pojazd z ogromną szybkością wzbił się wysoko w górę i na znacznej wysokości zataczał kręgi nad plażą, miastem i okolicą.

 

Ciekawa jest również relacja lotników z pułku obrony wybrzeża Polskiej Marynarki Wojennej o wydarzeniach w nocy z 1 na 2 października 1958 roku. Tak w swoim raporcie pisał pilot Apoloniusz Czapliński: „Noc była wówczas bezchmurna. Księżyc świecił jasno. Około 1.30 lecieliśmy w dwie maszyny wraz z kolegą Jarominem na wysokości 4000 metrów. W pewnym momencie usłyszałem przez radio zakłopotany głos kolegi: uważaj, coś żółtego kręci się wokół mnie i goni mnie! Nie wiedziałem zupełnie,  co sądzić o tym meldunku. Za chwilę jednak sam ujrzałem wyraźnie jakiś świecący owalny przedmiot, który oddalał się z olbrzymią szybkością. Wraz z kolega popędziliśmy za obiektem. Światło jednak znikło. Zdezorientowani schodziliśmy do lądowania. I nagle w momencie trzeciego skrętu świecący przedmiot pojawił się znowu. Ruszyliśmy w pogoń. Nieznany obiekt okazał się dużo szybszy. Nie gasząc świateł, oddalał się od nas z łatwością. Twierdzę, że musiał mieć szybkość powyżej dwóch stopni macha. Wylądowaliśmy zdziwieni w najwyższym stopniu. Zjawisko to obserwowano również na ziemi, gdzie określono je jako szybko przesuwające się kule o dziwnym blasku …” (źródło: H. Mąka „Bermudzki Trójkąt Śmierci”)

 

Warto też wspomnieć o pewnym wydarzeniu, a dokładniej o lądowaniu (kolejnym) na wyspie Wolin. Miało to miejsce w 1982 roku, a świadkami byli harcerze. Trzynastoletnia Ilona i jej kolega z hufca „Promienistych” około trzeciej godziny w nocy kończyli właśnie swą wartę, gdy nagle ujrzeli nad morzem silną łunę światła. Oboje poszli w tym kierunku. Nad plażą, dość nisko wisiał elipsowaty obiekt o średnicy około 15 metrów. Z jego obrzeży promieniowało pomarańczowe światło, to ono tworzyło widoczną z daleka łunę, która ich zwabiła. Gdy para skautów znalazła się bliżej owego obiektu, mniej więcej około pięćdziesięciu metrów do niego, ogarnięta została falą fizycznego paraliżu. Ogarnął ich strach, ale nie mogli uciec. Wkrótce usłyszeli głośne, metaliczne stukoty, które zamieniły się po paru sekundach w jednostajny szum, a następnie w syk. Obiekt uniósł się pionowo w górę, na chwilę zawisł na wysokości koron drzew rosnących przy plaży, a następnie zniknął. Harcerze, odzyskali możliwość poruszania się. Piasek, nad którym wisiał obiekt, był tak gorący, że jego żar przenikał podeszwy trampek.

 

Gdyński ufoludek

 

Stanisław Kołodziejski, starszy siwowłosy pan rozkłada szeroko ręce pod portowym dźwigiem i twierdzi, że to było tutaj! Wydarzenie, o którym opowiadał dziennikarzom w 1996 roku, zaszło wiele lat wcześniej. Zimą 1958 roku pracował jako dźwigowy w porcie gdyńskim (na najwyższym kranie). „Tej nocy nad Bałtykiem szalał sztorm. Siła wiatru osiągnęła osiem stopni w skali Beauforta. Na nocnej zmianie w porcie pracowało kilkadziesiąt osób. Ja siedziałem w przeszklonej kabinie dźwigu. Zbliżała się godzina piąta rano. Nagle coś błysnęło na niebie. Różowy lub czerwony przedmiot z rozgałęzioną ognistą smugą wpadł do wody basenu. Widziałem to przez kilka sekund, ale długo unosiła się potem para wodna nada falami … Szybko pobiegłem na statek „Jarosław Dąbrowski”. Zwróciłem się do lukowego, czy coś wdział. Potwierdził, że było to wielkości dwustulitrowej beczki …” – tak relacjonował pan Stasiek.

 

Jeszcze tego samego miesiąca (styczeń) udało się zorganizować wyprawę poszukiwawczą. Siedem osób na motorówce, z przejęciem i nadzieją wyruszyło w miejsce upadku obiektu. Nic nie znaleziono. Potem sugerowano, że był to meteoryt lub szczątki amerykańskiego satelity „Zeta 58”. Ale była to tylko wersja oficjalna.

 

Wtajemniczeni wiedzieli jednak, że wyłowiono ów dziwny przedmiot.  Pracujący w porcie inżynier Alojzy Data dokładnie opisał jego wygląd: „Był to walcowaty pojemnik, jakby z przeźroczystej folii, wypełniony rdzawą cieczą, o wiele cięższą od wody. Nasze laboratorium bardzo się bało sprawdzać zawartość tego pojemnika. Po wojnie dno morza i portu mogło być przecież usiane różnymi świństwami: podejrzewano iperyt lub fosgen. Ale problem rozwiązany został zgodnie z utartym wtedy obyczajem: natychmiast pojawił się w porcie pracownik Urzędu Bezpieczeństwa, który zabrał znalezisko.  I tyle je widzieliśmy”.

 

 

 

To nie koniec rewelacji. Kilka dni po upadku tego przedmiotu do basenu portowego patrol żołnierzy odnalazł na plaży pełzającą istotę, której ręce były poważnie poparzone, a twarz i włosy częściowo spalone. Ubrana w dziwnym uniform, mówiła w nieznanym języku. Znani zagraniczni ufolodzy: Hilary Evans i John Spencer, uważają, że był to pilot owego pojazdu, który uległ nad Gdynią katastrofie. Mało tego, twierdzą, że ta istota została zabrana do szpitala uniwersyteckiego, gdzie została odizolowana i dokładnie zbadana.

 

 

Podobno jej strój był wykonany z metalu, którego nie można było zdjąć w żaden sposób, jak tylko poprzez przecięcie. Kiedy jednak pewien rodzaj metalowej opaski został zdjęty , istota umarła. Lekarze stwierdzili, że jej organy wewnętrzne różniły się od naszych. System krwionośny był nieznany. Istota ta miała też różną od ludzi liczbę palców. Po jakimś czasie przyjechała ciężarówka wyposażona w chłodzony kontener. Ciało zabrano.

 

Polski ufolog Bronisław Rzepecki nie ma wątpliwości, co do tych opowieści. Jest przekonany, że wówczas na Gdynią doszło do katastrofy statku kosmicznego.

 

Rybacy i piloci kontra kosmici

 

W różnych latach latające talerze nasilały swoje przeloty zarówno nad Bałtykiem, jak i polskim wybrzeżem. Ich kształt bywał różny: okrągły, kulisty, elipsowaty, trójkątny lub przypominający cygaro.

 

W 1982 roku UFO zaatakowało rybacki kuter!

 

 

Kuter „Hel –127” był około czterdziestu mil od Helu. O 19.30 szyper Lucjan Schomborg polecił włączyć radar. Nie działał. Po 45 minutach (gdy znajdowali się daleko poza polskimi wodami terytorialnymi) z prawej burty pojawiły się dwa obiekty oświetlone czerwonym światłem. Po chwili zniknęły, ale za to od strony dziobu, tuż nad wodą pojawiło pulsujące, także czerwone światło o wielkości dużej piłki. Próba obejścia czerwonej kuli nie powiodła się, obiekt uparcie wracał przed dziób kutra. Po czwartym takim manewrze sternik zesztywniał, jakby nagle trafiony paraliżem i osunął się na podłogę. Z pozostałymi członkami tego dużego kutra również stało się coś podobnego. Pojawiła się też nieznana woń, przypominająca zapach tabaki. Po krótkim czasie udało się Lucjanowi przemóc osłabienie, dotrzeć do sterówki i na węch skierować się w stronę portu. Pilnował kursu, ale jego dolegliwości nie mijały. Zaczął tracić wzrok. Dopiero po piętnastu minutach czerwona kula zniknęła, a cała załoga odzyskała siły.

 

W 1983 roku pilot myśliwskiego samolotu, kpt. Zbigniew Praszczałek otrzymał rozkaz zestrzelenia nad Bałtykiem niezidentyfikowanego obiektu latającego. Tak napisał w swoim raporcie: „Pełniąc dyżur bojowy nad Bałtykiem, otrzymaliśmy ze stanowiska dowodzenia sygnał na przechwycenie celu powietrznego. Lecieliśmy na wysokości stu metrów, w okolicach Darłowa. Pomimo intensywnych manewrów nie udało mi  się zauważyć celu. Dopiero po wejściu na 4000 metrów mój obserwator zameldował, że widzi cel. Był to dziwny obiekt, o wymiarach 15×2 m, połyskujący ciemną barwą metalu. Nie zauważyłem ani silników, ani żadnych śladów dymu. Obiekt manewrował z zadziwiającą prędkością. W pewnym momencie musiałem wykonać gwałtowny skręt w kierunku północno-wschodnim, ponieważ obiekt znajdował się w takiej odległości, że mogło dojść do zderzenia. Poprosiłem stanowisko dowodzenia o zgodę na użycie broni. W tym czasie obiekt próbował dostać się w tylną półstrefę samolotu. Gwałtownie zniżyłem wysokość do 300 metrów ponad poziom morza. W tym czasie przyszła zgoda na użycie broni. Niestety za późno. Obiekt zniknął. Nadmieniam, że w trakcie manewrów zbliżyłem się do niego na odległość nie większą niż 90 metrów. Widziałem go bardzo wyraźnie”.

 

Bliskie spotkania III stopnia

 

 

Już w latach 80. ufolodzy obliczyli, że na 600 zarejestrowanych w Polsce zjawisk z udziałem UFO, 66 wydarzyło się na polskim wybrzeżu i na Bałtyku.  Wiele z nich to intrygujące spotkania ludzi z kosmitami. Przybliżymy wam kilka najciekawszych.

 

Młody Heniek

Marzec, wieczór 1987 rok. Dwudziestoletni mieszkaniec Dobrosławic (gmina Maszewo, okolice Szczecina) wracał do domu. Trzeźwy, wyspany i zdrowy zarówno na ciele jak i umyśle miał przed sobą jeszcze jakieś dwa kilometry drogi prowadzącej przez pola. Na ziemi leżała zaledwie centymetrowa warstwa śniegu, ale było zimno i ponuro. Nagle po lewej, na wysokości dwudziestu metrów, ujrzał ogromną kulę emanującą różne kolory światła: żółte, czerwone, zielone i pomarańczowe.

 

 

Lecą skosem ku ziemi, obiekt wylądował pomiędzy stojącymi w oddali drzewami. Heniek, mimo iż bardzo podniecony tym widokiem, szedł dalej w kierunku domu. Ale kosmici są czujni, widzą i słyszą wszystko. Jeden z nich pojawił się na środku drogi, by po chwili wykonać trzymetrowy skok w rosnące w pobliżu krzaki. Ekscytacja i podniecenie zamieniły się w przerażenie. Jednak zamiast uciekać, chłopak ukrył się wśród jakichś chaszczy. Zaczął obserwować. Pięć istot penetrowało okolice. Mierzyły nie więcej niż 1,2 metra, miały czarne twarze, błyszczące uniformy, a poruszały się zygzakami. Ich krokom towarzyszyło chlupotanie, jakby człowiek szedł w gumowcach pełnych wody. Nagle jeden z nich zauważył Heńka i zaczął zbliżać się w jego kierunku. Młodzieniec zaczął uciekać gdzie pieprz rośnie nie oglądając się za siebie. Udało mu się dobiec do domu. Zdyszany i przestraszony opowiedział o wszystkim rodzinie, która nie uwierzyła w żadne słowo.

 

 

Mała Ania

Dużo ciekawsza i bardziej zagadkowa jest historia czteroletniej Ani. Latem 1993 roku wraz z rodzicami wracała z imienin babci mieszkającej w Warszawie. Była późna noc. Do domu pozostało jakieś kilkanaście kilometrów, gdy nagle do auta przyczepiła się świecąca różowo srebrzystym blaskiem kula. Towarzyszyła im do końca podróży, po czym znikła. Rankiem Ania wzięła kredki i narysowała rodzicom, gdzie była całą noc. Jednocześnie opowiadała co widziała: „Z nieba spłynęła chmurka, która miała cztery okna i drzwi z boku, a w środku było dwóch ludzików z wielkimi oczami. Oczy były nie tylko duże, ale i czarne, a na głowie mieli „coś” (wyjaśniała robiąc koliste ruchy wokół głowy”). Tam w środku oni siedli na fotelach. Jeden miał przed sobą duże liczydło i coś tam robił…”

 

Czy to wybujała fantazja, sen? Być może, tylko dlaczego kąpiąc dziewczynkę, matka wykryła u niej dziwny znak, którego nigdy wcześniej nie miała. Było to kilka kropek o średnicy półtora milimetra każda, położonych w kształcie jodełki na kręgosłupie. Przypominało to słynne implanty, czyli mikrosondy wszczepiane do ciała. Ten przypadek został opisany w japońskim czasopiśmie popularnonaukowym „Quarc” nr 11/95.

 

 

Pan Krzysztof

Kosmitów zapoznał też pewien 36-letni księgowy z Gryfic (woj. zachodniopomorskie). Był luty 2005 rok. Jak zwykle, w pogodny poranek udał się na spacer ze swoim psem. Jednak  długo nie wracał. Po kilku godzinach w domu pojawił się pies. Mocno zaniepokojona małżonka wyruszyła na poszukiwania. Ale on zniknął, jakby rozpłynął się  powietrzu. Kiedy następnego dnia, zrozpaczona kobieta wybierała się na policję, by zgłosić zaginięcie męża, usłyszała pukanie do drzwi. Otworzyła je i ujrzała dziwnie wyglądającego człowieka. Tak, to  był on – Krzysiek. Był blady. Miał wymiętoszoną koszulę i rozsznurowane buty. Bez słowa położył się do łóżka. Gdy trochę odpoczął, pamięć zaczęła wracać. „Kiedy znalazłem się z naszym psiakiem na leśnej polanie, zawisła nad nami olbrzymia iskrząca światłem kula. Przestałem widzieć. Światło pulsowało, było mi gorąco, chciałem krzyczeć, ale straciłem głos. Po chwili odzyskałem wzrok i wtedy je zobaczyłem. Przerażające istoty miały wielkie czarne oczy, ich ręce przypominały odnóża żab. Rozebrali mnie do naga i położyli na jakimś stole …”

 

Z początku żona mu nie uwierzyła. Ale przekonały ją liczne ślady nacięć na ciele: za uchem, pod pachami i na podbrzuszu. A w sąsiedztwie genitaliów miał blizny jak po oparzeniach.

 

Wierzyć czy nie?

 

O UFO słyszymy nadal. Pojawia się na całym świecie. Coraz więcej ludzi zaczyna w nie wierzyć. Przytoczymy wypowiedzi różnych badaczy, astronomów i wojskowych na ten temat:

 

Gordon Cooper (pionier amerykańskich podbojów kosmosu)

„Jeszcze jako pilot odrzutowca widziałem spodek i wysuwające się z niego trzy podpórki, służące do lądowania, po czym osiadł on na dnie wyschniętego jeziora. Był to spodek o klasycznym kształcie, srebrny, mający około dziewięciu metrów średnicy”.

 

Emerytowany pułkownik Służby Bezpieczeństwa PRL

„W czasach PRL prze wiele lat sprawami UFO zajmował się departament III Służby Bezpieczeństwa. Kilkunastu oficerów zbierało informacje rzekomych świadków, którzy mieli jakikolwiek kontakt z UFO. Jestem przekonany, że ich najważniejsze tajemnice ukryte są w pancernych szafach KGB na Łubiance i CIA w Langley”.

 

Dr Henry Thronson (astronom amerykański)

„Czas sobie uświadomić, że ludzie żyjący na naszej planecie nie są jedynymi mieszkańcami wszechświata. Bo jeżeli życie powstało w układzie słonecznym, musiało powstać także w innych galaktykach. Nauka zdoła zapewne odkryć w kosmosie planety, na których znajduje się tlen i woda”.

 

Podsumowanie (od członka redakcji)

 

Kiedy byłem dzieckiem, uważałem, że kosmici odwiedzają naszą planetę. Moje przekonanie malało wraz z dorastaniem . Stałem się sceptyczny wobec tego zjawiska. UFO uznałem za wymysły, fantazję, która świetnie nadaje się do pokazania w kinie. Ale nastąpiło coś, co sprawiło, że zacząłem znowu wierzyć. Zmieniłem zdanie, gdy pewna nauczycielka z gminy Baruchowo (w kujawsko pomorskim) opowiedziała mi o swoim spotkanku z UFO.

 

Miało to miejsce w latach 80. Późną nocą razem z mężem wysiadła na przystanku w miejscowości Patrowo. Mieli kilka kilometrów do domu swojej rodziny. Droga była pusta, nie było lamp. Po lewej i prawej stronie same łąki. Brak lasów. Nagle zauważyli na niebie, około kilka metrów nad nimi, pomarańczowy, świetlisty obiekt, który nadleciał z kierunku Płocka. Miał kształt prostokątny. Nie odstępował ich na krok. Mimo zimna, zaczęło się robić gorąco. Coś ich sparaliżowało. Nie mogli iść, a co dopiero biec. Dopiero po kilku minutach UFO oddaliło się, a oni ukryli się w pobliskich krzakach. Gdy całkiem odleciało i znikło, szybkim marszem ruszyli prze siebie. Od tamtej pory zaczęło pogarszać  się zdrowie jej męża.

 

Teraz wiem, że jeśli czegoś nie widzimy, albo czegoś dostrzec nie chcemy, to nie znaczy, że tego nie ma. Tylko dlaczego przedstawiciele obcej cywilizacji nie ujawnią się światu w bezpośredni sposób? Tego nie wiem i nie potrafię zrozumieć.

Żródło : altao.pl

Please follow and like us:

Related posts

Leave a Comment